Musk napada. Transkrypcja i newsletter.

Loty kosmiczne i kolonizacja Marsa. O tym, jak tęsknimy za amerykańskim snem i czy ludzkość potrzebuje Elona Muska.
LEGO ludzik Mind Tell Me na płycie we wnętrzu komputera. Wnętrze podcastu Mind Tell Me

MUSK NAPADA

Elon Musk i amerykański sen.

Dawno, dawno temu, miliardy terabajtów, pikseli i ciągów Fibonacciego temu, miałam sen. Był proroczy i przerażający. Opowiadał o rzeczach, o których nie chcemy wiedzieć. W sposób, którego nie chcemy rozumieć. Elon Musk nie miał z tym nic wspólnego. Było gorzej. Przyśnił mi się sympatyczny Forrest Gump.

Wyśniony świat był na pozór w normie. Odpowiednio rasistowski, bez Latynosów na horyzoncie i tylko kobiety pracowały w barach ze striptizem. Sympatyczny Forrest biegał od oceanu do oceanu, wyławiał krewetki i dawał się zabić za ojczyznę.

Wyśniony świat był właśnie taki, jaki w filmie. A jednak pełen przemocy i pozbawiona nadziei. Ludzie okazywali się idiotami lub bestiami, a każde zwycięstwo miało swój pyrrusowy cień. Przez Forresta. To na nim dokonała się największa zbrodnia. To on był bestialskim idiotą. Narzekał.

Na dodatek, ten koszmar się ziścił.

Mój limit to pół godziny. Tyle jestem w stanie wytrzymać amerykańskie biadolenie. Narzekający Amerykanin to dla przeciętnego Polaka rzecz niesmaczna. Przede wszystkim, wchodzi się nam w kompetencje. Oprócz tego, narzekający Amerykanin to jak nierówny trawnik przed domem, plastikowe butelki na rajskiej plaży i zdjęcie bobasa bez retuszu. Tego nikt nie chce widzieć.

A sytuacja jest poważna. W Internecie od dawna hordy wesołych Azjatów systematycznie podgryzają Amerykanów. Są genialni w prawie seryjności. Już z chińskiego wiralu wypadają z milionowymi lubusiami. A epidemię mieli pierwsi. Ich nagrania ośmiuset sposobów na picie Corony i codzienne kardio na łazienkowych kafelkach są nie do przebicia. Już nie wystarczy większa butelka Corony, większa łazienka, w większym domu, z widokiem na większą plażę.

Chińczycy nie narzekają na wybranego przez siebie prezydenta, demokrację i wolność słowa. Nie mają takich pogmatwanych rzeczy, więc oszczędzają ich światu. Albo przynajmniej mówią to w serio niezrozumiałym języku, na który ma się wylane. Przez to wszystko cieszą się naprawdę szczerze, jeśli bączek się kręci, a domino upada. Ich filmy na temat wylewania betonu w deszcz są przekonywujące i zabawne.

Amerykanin z filmu o wylewaniu betonu robi dokument na miarę odkrycia polonu, radu i desantu w Normandii. Tymczasem wystarczyłaby zwykła, nieszczera radość. Można wykorzystać postmodernizm i cieszyć się na przykład z faktu, że Coca-Cola wyczyści kibel. Nie trzeba od razu wysadzać kultowym napojem murów Hebronu. Szczególnie, że Hebron jest na Bliskim Wschodzie. Pobyty Amerykanów na Bliskim Wschodzie kończą się zazwyczaj nie śmiechem, a płaczem. Czemu oni idą tą drogą? Niepojęte.

Koniec pewnej epoki?

Wiele znaków na serwerach i smartwatchach wskazuje, że powinniśmy od dawna płakać nad kresem amerykańskiego panowaniem w Internecie. Ale każda epoka ma swoich pogrobowców. Pojawiają się dla zmylenia znaków, uspokajają znajomymi treściami oraz fałszywą nadzieją, że jutro będzie takie samo, jakie było wczoraj. Usypiają niepokój i nie do końca jest jasne, co o nich myśleć.

Tym razem fałszywa nadzieja nadciąga od strony niszowych i na wskroś hermetycznych portali. Wypełzała miesiącami do mainstreamu z dziupli dla motomaniaków oraz domorosłych astronomów. Źródła wielce prawdopodobne, niemniej niespodziewane. Kto jednak słyszał o poważnych markach chińskich samochodów? Albo o jakimś chińskim Star Treku i Gwiezdnych Wojnach? To amerykańskie opłotki.

NASA jest przyklejone w naszych głowach do USA i nikt tak się nie potrafił poświęcić dla samochodu, jak Ted Bundy dla Dogea. Co prawda ostatnio nie koniecznie było się czym chwalić. NASA okazała się nie być ulubioną muzą Apolla, a Detroit splajtowało. Istnieją jednak amerykańscy superbohaterowie, którzy są od tego, żeby podnosić się z upadku. Wachlarz możliwości jest nieograniczony, kiedy niebo przestaje być limitem.

Jak to robi Elon Musk.

Wystarczy podążyć za Nerdami, ścieżkami dla zwyczajnych. Porzucić konceptualną abstrakcję. Błysnąć chromem wyhodowanym na kalifornijskiej diecie. Spotkać się w pół drogi z czarowanym tłumem. Opowiadać o podróżach w kosmos, jak o ekstremalnej wycieczce do Laosu z przystankiem w Tokio i Sydney. Pokazać uśmiechnięte dzieci z przedszkoli NASA i wdawać się w niekończące się dyskusje o frapującym designie statków kosmicznych. I koniecznie dodać do tego fajerwerki z uśmiechniętymi astronautami.

Brzmi niewiarygodnie? Ale właśnie ktoś próbuje pozbawić nas koszmarów. Wypadałoby więc przestać narzekać. Tym bardziej, że cała historia ma jednego, nieskomplikowanego bohatera. Gościa, którym każdy chciałby być. Zwyczajnego faceta, który lubi szybkie samochody i kosmiczne wybuchy. Przy okazji, racjonalnego inżyniera, który nawet nie musi mówić: “Zaufaj mi, jestem amerykańskim snem”.

LEGO ludzik dziewczynka oparta o radio
TELEPORT DO PODCASTU MIND TELL ME “MUSK NAPADA”. ABY UŻYĆ, PACNIJ LEGO LUDKA.

TRANSKRYPCJA PODCASTU MIND TELL ME “MUSK NAPADA”

… Leć długopisie na Marsa
Dotrzyj tam, gdzie były tylko sondy
A sondy nie mają atramentu
Więc to będzie pierwszy atrament na Marsie…

„Piosenka o długopisie” autorstwa Dem3000

To nie są moje marzenia. Ale jest człowiek, który bardzo, oj bardzo chciałby umieścić swój długopis właśnie a Marsie. Ty też go znasz. Śmieszy, tumani i przestrasza każdego, kto śni o posiadaniu kupy szmalu. Także tego, kogo kręcą szybkie samochody, wielkie fabryki i roboty. Zna go także każdy, kto po prostu lubi SF. Nawet, jeśli jesteś gdzieś na marginesie tych problemów. Twoje zainteresowania kończą się na zdecydowanym przekonywaniu świata, iż nie można jednocześnie naprawdę szczerze być fanem Star Treka i Gwiezdnych Wojen. W żadnej, z tych sytuacji, postać Elona Muska nie może być Ci obca.

Facet naprawdę chce polecieć na Marsa. Albo przede wszystkim chce uratować ludzkość i wysłać ją na Marsa. Być może to dobry pomysł. Księżyc tej ludzkości mógłby nie udźwignąć. Wszyscy się ostatnio zastanawiamy czy lubić Muska czy nie lubić Elona Muska, a nikt nie zadał jeszcze pytania czy Elon Musk lubi nas. A takie pytanie zmienia postać rzeczy. Musk bowiem dużo obiecuje. Co bywa interesujące.

INTERNAUTA W OBLICZU WIELKIEGO SHOW.

Czyli jak Elon Musk sprzedaje amerykański sen o podboju kosmosu.

Jeśli minął już 27. maja, to pewnie wiesz więcej. Jak to z tym Marsem będzie? Ja aktualnie zastanawiam się czy tylko popcorn, czy może machnąć sobie pizzę. I jak to się ma do tego, że miałam starać się nie stać się kulką? Z drugiej strony Falcon 9 ma wystrzelić kapsułę załogową Dragon Crew z ludźmi na pokładzie. Jak na razie udało się tylko z manekinami. Kto normalny w takiej sytuacji się zastanawia nad dietą?

Każdy. Kosmos jest już trochę objeżdżony. Od 1961 roku kilkaset osób odwiedziło przestrzeń poza ziemską. W tym dwóch turystów. Dwóch w tą, czy w tamtą nie powinno zrobić różnicy.

Ale teraz jest inaczej. Space X robi to pierwszy raz, a zazwyczaj przy takich okazjach można liczyć na show, niczym w czołówce filmów Disneya. Ale nie tylko. Jeśli się powiedzie, będzie to oznaczało, że długopis Elona Muska jest bliżej Marsa. Jeśli się nie powiedzie, będzie można być pewnym terminu nowego show.

To wszystko jest pod kontrolą. Elon Musk to Superbohater. Trochę Batman w Gotham, trochę Iron Man, z całą przyczepą fajnych zabawek, zamiast nadprzyrodzonych mocy. Nie czepiajmy się, wszystko się zgadza. To oczywiste, że amerykańscy superbohaterowie czasem upadają. Ale tylko po to, żeby się podnieść się i żeby wszystko się dobrze skończyło, a ludzkość została uratowana. Zbyt filmowo?

CIENIE HOLLYWOOD.

Elon Musk w świecie plotki, botoksu i przeszczepów włosów.

Filmowe to jest życie tego gościa. Był czas, kiedy nie był bogaty. Czytałeś kiedyś książkę telefoniczną? Elon Musk czytał. Zaszalał bardziej. Przepisał książkę telefoniczną do Internetu. I zarobił kilkadziesiąt milionów dolarów. Później wszystko wpakował w nierealny pomysł świadczenia usług bankowych na marnych serwerach. Wszyscy pukali się w głowę. Ludzie emocjonalnie traktują swoje pieniądze. Czy jakiś wściekły Matt, z wściekłym Samem próbowali go ukrzyżować? Na przykład za kilka tysięcy dolarów, które utknęły im na kontach? Tego nie wiadomo. Ale bywało nerwowo. Ostatecznie jednak Ebay, za PayPala, zapłacił mu (uwaga!) 135 milionów dolarów. Które Musk spuścił w kiblu. Czyli zainwestował w rakiety i samochody. Dwadzieścia lat temu, kiedy można to było poczytać tylko jako drenujący kieszeń objaw przedwczesnego wieku średniego. Tak. Koleś przehulał na Marsa 135 milionów dolarów. Tyle że te rakiety to Space X, a samochody to Tesle i cały kram wokół nich.

Teraz wydaje się to genialnym posunięciem, ale jakieś dziesięć lat temu po zajrzeniu Muskowi do kieszeni można się było przekonać, co to jest głębia pustki. To dopiero jest filmowa historia, na dodatek niedokończona, bo facet jeszcze żyje.

W porównaniu z tym jego faktyczna kariera aktorska nie jest zbyt oszałamiająca. Choć próbował. Apogeum jego kariery to 2016 rok. Zagrał w takich super produkcjach jak “Maczeta Zabija” i “Iron Men” 2, wbił się do sporej ilości dokumentów, na przykład Wernera Herzoga, więc przypuszczam, że nie miało być to wielkie gówno. Zaliczył też całkiem udany epizod w Teorii Wielkiego Podrywu. I najwyraźniej podchodzi do tematu rozsądnie, zgodnie z możliwościami – zazwyczaj grywa samego siebie. Czy to jest gwarancja sukcesu? Na polskim Filmwebie i tak ma tylko siedem gwiazdek na dziesięć! Ktoś potrzebuje więcej dowodów na to, że nasz kraj jest pełen malkontentów i nie ma tutaj szans na bycie docenionym?

BLASKI DOLINY KRZEMOWEJ

Elon Musk po drugiej stronie lustra.

Ale poważnie. Jak się tak człowiek zastanawia nad Elonem Muskiem wydaje się, że wszystkie jego pomysły, to tylko taka zabawa zbyt bogatego gościa z Doliny Krzemowej. Ciężko serio go traktować. Szczególnie, że niewiele w nim Steva Jobsa i Marka Zukenberga. Jeśli już, to najbliżej mu do Billa Gatesa. Różnica jest jednak zasadnicza. Dzięki Elonowi Muskowi nie poczujemy się dobrze.

On nie jest psychoterapeutą wciskającym nam jabłuszka i lajków. On nas straszy! Zamierza być Super Inżynierem zbawiającym ludzkość. A żeby ludzkość wymagała zbawienia, musi się odrobinę bać. Tylko wtedy będzie potrzebowała bohatera. I Elon Musk jest pierwszy w kolejce, niczym pyzaty Superman. Ile w tej bajce prawdy? Przypuszczam, że dokładnie tyle, co w amerykańskim śnie.

Tak się w każdym bądź razie Elon Musk sprzedaje. Jak spełnienie mokrego snu amerykańskiego giga komputerowego. Szybkie samochody, długonogie blondynki, słoneczna Kalifornia i dużo gadżetów. Nie jest przy tym syryjskim guru powtarzającym: “zjedz jabłko, zjedz jabłko… zjedz jabłko!”. Daleko mu do chłopaka z sąsiedztwa, który dobrze wie, że najbardziej lubimy zdjęcia i plotki. Więc w pierwszym momencie jesteśmy skonfundowani. I właśnie za to można lubić Elona Muska. Bo jak już zjemy jabłko, to wcale nie jesteśmy szczęśliwsi. Jak dostaniemy lajka frustruje nas, że tylko jednego. A samochody elektryczne to jednak samochody. Więc znamy tego diabła od kilku pokoleń, a to uspokaja.

Elon Musk nie bawi się w głupoty. Ludzi ma odrobinę w pogardzie. Ale nie sprzedaje nam już niepotrzebnej, wirtualnej usługi, żerującej na naszych najniższych skłonnościach. On nas po prostu chce zbawić. I użyje wszystkich możliwych chwytów, na jakie ochoczo pójdziemy. Uwierzymy mu nawet w te kolonie na Marsie.

UROKI MARSA.

W jakie miejsce Elon Musk chce nas wysłać?

Zastanawiałeś się kiedyś, jak to właściwie jest na tym Marsie? Przede wszystkim jest daleko. Dla człowieka to nadal może być za daleko. Teoretycznie, gdybyśmy się przejmowali takimi detalami, nigdy nie ruszylibyśmy się ze swojej wioski do najbliższej góry. Nie o odległość jednak chodzi. Podróż na Marsa musiałaby trwać do, powiedzmy, dwóch tygodni, a nie kilku miesięcy, żeby żywy organizm przeszedł przez nią bez większego szwanku. W przestrzeni kosmicznej jest na tyle silne promieniowanie, że przy dłuższym pobycie choroba popromienna jest gwarantowana. Na powierzchni Marsa jest trochę lepiej, ale nadal nie jest to problem porównywalny nawet z trzaskaniem sobie prześwietlenia górnej lewej ósemki, tak co trzy dni.

Oprócz tego jest zimno. Średnia temperatura Marsa to minus 65 stopni Celsjusza. Czyli zdarzają się miejsca i sytuacje, kiedy będzie zimniej. Dla Ziemi taka średnia temperatura to obecnie około 15 stopni na plusie.

Ale jest też kilka poważniejszych problemów. Słabsza grawitacja. Niby fajnie, łatwiej podskakiwać. Ja tam nie przepadam za pokonywaniem siły ciążenia krok po kroku. Ale przez to bywa duszno. Na śmierć. Co grawitacja ma do oddychania? Niestety, wszystko wyjaśnia trudne słowo. Magnetosfera. I to, że Mars, z porównaniu z Ziemią, ma kiepskie jądro. Prawdopodobnie był w tej kwestii mocniejszym zawodnikiem, ale musiał mieć jakiś nieciekawy wypadek. Nie żartuję. No, może trochę.

SKUTKI PROBLEMÓW Z JĄDREM

Magnetosfera jest takim niewidocznym magnesem, otaczającym planetę i robiącym dla niej coś w rodzaju czapki niewidki. Magnetosfera funkcjonuje, jeśli jądro planety działa w odpowiedni sposób i oddziałuje elektromagnetycznie. Cała historia tej konstrukcji, którą jest magnetosfera, ma finał głównie w świecie cząsteczek. Działa ona bowiem jak porządne zabezpieczenie antywłamaniowe w bajce, gdzie bezczelnym złodziejem jest nasze sympatyczne Słoneczko.

Dobrze działająca magnetosfera chroni na powierzchni planety oraz w jej atmosferze cały cząsteczkowy śmietnik. Słońce emituje bowiem coś takiego jak wiatr słoneczny. Brzmi niemal poetycko, ale to dość bezwzględny przeciwnik. Wiatr słoneczny jest promieniowaniem, które przyciąga wszystko, co dodatnio naładowane. Jeśli planeta ma magnetosferę, to wygrywa w tej przepychance. Jej jądro będzie przyciągać wszystkie dodatnie cząsteczki skuteczniej, niż zajmie się nimi wiatr słoneczny. Tak się dzieje na Ziemi. Mars całej tej funkcjonalności jest pozbawiony.

Dlatego na Ziemi mamy wodę w każdym stanie skupienia, a Mars ma tylko tę zamarzniętą. Jak na planetę bez dobrego jądra przynajmniej coś, prawda? Niestety, jest gorzej. Magnetosfera przytrzymuje też cząsteczki powietrza, więc na Marsie wiatr słoneczny kosi je w kosmiczną próżnię jak chce. Kiepskie jądro, to kiepska magnetosfera, kiepska magnetosfera to kiepska atmosfera. Imprezy na Marsie nie rozkręcimy, bo bez aparatury ciśnieniowej, pompy z tlenem nie poodychamy. Oddychanie to jednak nie wszystko.

Jest jeszcze Słońce, które cały czas emituje różnie rodzaje promieniowania. Mars, choć jest od niego dalej niż Ziemia, właśnie przez braki w atmosferze i magnetosferze przyjmuje to promieniowanie dosłownie na klatę.

Dlaczego jądro Marsa nie daje rady? Z jądrami planet jest tak, że lepiej, jak są ciepłe i płynne. Tak ma Ziemia, Mars ma inaczej. Jego jądro jest stałe i dużo chłodniejsze, niż jądro Ziemi. Dlatego magnetosfera właściwie nie występuje. Bardzo prawdopodobne, że kiedyś było inaczej. Na powierzchni Marsa bowiem są struktury, które przypominają ziemski basen oceaniczny. Niestety, bez magnetosfery nie ma szans na ocean. Jak się jest planetą i chce się mieć wodę, chce się mieć powietrze trzeba mieć coś ciepłego w sobie. Co się przydarzyło wewnątrz Marsa ? Dlaczego jego jądro zmieniło się w twardą zimną kulkę? Tego nie wiemy.

JAKIE TO MA ZNACZENIE?

Efekt jest jednak drastyczny, zarówno dla planety i dla ewentualnych ziemskich kolonizatorów. Na Marsie można się udusić i nabawić choroby popromiennej. Zmarznąć na kość i umrzeć z głodu.

Z perspektywy roślin wygląda to trochę lepiej – w atmosferze Marsa jest odpowiednia ilość dwutlenku węgla. Doba trwa podobnie jak na Ziemi, około 24 godzin i występują pory roku. Rośliny czasu nie liczą i jak detal potraktują, że pory roku są dłuższe, bo rok marsjański to niemal dwa lata ziemskie. Gorzej będzie z grawitacją. Ziemskie rośliny szczerze lubią naszą grawitację. I żeby było weselej gleba marsjańska raczej będzie toksyczna.

Mars to festiwal pomysłów na uśmiercanie ludzi. Naprawdę polecam każdemu wypstrzykanemu z pomysłów twórcy SF. Szczególnie, że ten potencjał zwiększa się, jeśli dorzucimy do tego irytujące zwyczaje Słońca, żeby pojawiać się co jakiś czas pomiędzy Ziemią, a Marsem. Co nam Słoneczko przeszkadza? Przecież to ono naładuje nam baterie. Tak, Słońce ma też zalety. Ale notorycznie odcina Marsa od Ziemi. Więc jeśli Ziemia i Mars znajdą się pomiędzy Słońcem, komunikacja w ogóle nie jest możliwa. Na długo. Możemy poczekać? Z jednej strony tak. Ale jakaś ciekawa aktywność, na przykład ze strony lodowca, a my nie usłyszymy nawet “Houston, mamy problem”. Po co więc się tam wybierać?

KOLONIZACJA MARSA.

Poradnik terraformowania Czerwonej Planety.

Z jednej strony, dla zabawy ludziom bardzo często zdarza się często robić naprawdę ryzykancie rzeczy. A my wiemy o Marsie więcej, niż wiedział Kolumb o Ameryce. Zdążyliśmy już tam wysłać trochę tej przeklętej sztucznej inteligencji. Większość rzeczy, które wiemy o powierzchni Marsa, pochodzi właśnie od niej. I zrobiliśmy to dobrze wiedząc o kilku problemach komunikacyjnych. Są dwa podstawowe. Prędkość światła. Czyli standardem jest, że komunikat od łazika z Marsa dostajemy z ponad 3 – minutowym opóźnieniem. A okresowo nie dostaniemy w ogóle przez wcześniej wspomniane pojawianie się Słońca pomiędzy Marsem, a Ziemią. Te kilka minut pomiędzy nadaniem komunikatu z Marsa, a otrzymaniem go na Ziemi to niewiele? Powiedz to maklerom giełdowym! To może być prosta droga do utraty kontroli nad Marsem.

Wszystko to jest na granicy fantazji szalonego naukowca, ale Mars naprawdę bardzo przypomina odkrycie Ameryki przez Kolumba. Indian na Marsie nie ma. Ale kolonie amerykańskie bardzo szybko uznały, że nie mają większego powodu do respektowania jurysdykcji odległego Starego Świata i tak ogólnie, niewiele są mu winne.

I podobnie jak Ameryka wydawała się być istnym Eldorado, tak na Marsie jest kilka fajnych rzeczy. A te niefajne mogą się przydawać. Choćby dwutlenek węgla. No cóż, na Ziemi też go dużo mamy, chętnie się podzielimy. Ale na Marsie to akurat dobrze. Nie tylko dlatego, że potrzebują go rośliny. Ważniejsze jest, że udało nam się już jakiś czas temu wpaść na efekt cieplarniany. Jest bowiem szansa, że możemy próbować Marsa ogrzać i to pod kontrolą. Istnieje coś takiego, jak koncepcja terraformowania planet. Są to dywagacje, które są niby na granicy nauki i fantastyki. Natomiast jest jeden pozornie szalony pomysł, który jest realny przy obecnym stanie techniki. Można Marsowi zamontować protezę magnetosfery. Tak, to kosztowne i trudne. Bardziej jednak nie mamy pomysłu na montaż, niż na konstrukcję. A efekt byłby piorunujący, bo większość problemów rozwiąże zasada domina.

JAK WYGLĄDAŁABY ZABAWA W PANA BOGA

Jeśli poradzilibyśmy sobie z brakiem magnetosfery, na Marsie zacznie gęstnieć atmosfera i stanie się cieplej. Lodowce zaczną topnieć, a mrożą one spore ilości dwutlenku węgla. Topniejący lodowiec to woda na miarę tysiąclecia, krystaliczna polodowcowa marsjańska i efekt cieplarniany. Zrobi się jeszcze cieplej, a my mamy czym oddychać dzięki atmosferze! I ta noc jest nasza! To znaczy nasza kolonia może zaczynać prawdziwy podbój.

Będzie łatwiej ludziom i roślinom. Słońce nie będzie tak szalało, będzie deszczyk, będzie jedzenie. Tylko raczej trujące, bo na marsjańska gleba jest mocno toksyczna. Możemy jednak oczyszczać glebę z toksyn, to umiemy. Druga sprawa, ziemskim dżdżownicom taka marsjańska, zatruta gleba jak najbardziej pasuje. Skąd wiadomo? Sondy, które były wysłane na Marsa trochę próbek takiej gleby przywiozły. Mamy więc na Ziemi laboratoria, w których hodowane są rośliny w symulowanych na marsjańskie warunkach. Jeśli dodamy do tego genetykę, to można odpalać rolnictwo.

Że zabawa w Pana Boga? Serio? Na ziemi przerabiamy jabłka, truskawki, cebulę i wszystko, co podleci, tylko po to, żeby więcej “ładnych” owoców i “ładnych” warzyw dostarczyć za jednym zamachem do pobliskiego supermarketu. I z żadnego innego powodu. A ja mówię o perspektywie kolonizacji planety.

PO CO MUSKOWI MARS?

Spiskowa teoria dziejów oraz jak bardzo możemy chcieć nabrudzić w kosmosie.

A jest się czym zająć. Mars ma budowę geologiczną ocenianą jako zbliżoną do ziemskiej. Więc jeśli odpuścimy sobie wszystko to, co wyprodukowały nam rośliny, czyli węgiel, gaz i ropę, znajdziemy tam same skarby, istną tablicę Mendelejewa. Mars może być gigantyczną kopalnią. Jest też szansa, że znajdziemy na Marsie dużo nowych rzeczy, na przykład nowe kopaliny. Ale to ze względu na te znane pierwiastki koszt kolonizacji Marsa przestaje być abstrakcyjny. Łatwiej też w ich perspektywie o wysiłek inwestorów. Znane nam kopaliny to materiał dla przemysłu, a rozwiązywanie problemów przemysłu to fortuna.

I w tym momencie warto sobie przypomnieć o Tesla Motors czy Tesla SA. I to z dwóch powodów. Transport węgla czy kosmiczny gazociąg czy ropociąg nie ma sensu. Łatwiej jest te zasoby czymś zastąpić. Dlatego Musk może robić dobrą reklamę samochodom elektrycznym oraz energii słonecznej. Oczywiście, pewnie za jakiś czas bylibyśmy w stanie zastąpić wszystkie zasoby naturalne, które wykorzystujemy, po prostu czymś odnawialnym. Pytanie czy czasowo oraz energetycznie nie lepszym pomysłem jest Mars. Jak bardzo może to być system naczyń połączonych, widać choćby w kwestii baterii Tesli.

CO Z TĄ TESLĄ?

Dlaczego królem elektrycznego transportu są tyko hulajnogi.

Musk dawno temu obiecywał, że samochody elektryczne będą tanie. Aktualnie producenci aut spalinowych mogą się śmiać. Akumulatory do Tesli są bardzo drogie i samochody finalnie tanie być nie mogą. Winnym jest kobalt. To on jest najdroższym surowcem dla baterii litowo -jonowych, którą masz w smartfonie, iPhonie oraz większości elektroniki i które są montowane w Teslach. Oczywiście, nie działa to jeden do jednego. Ktoś, kto jeździ Teslą, nie jedzie na baterii działającej identycznie do tej, którą na co dzień masz w dłoniach, ale w obydwu wypadkach złoża są kluczem do ceny. Kobalt najbardziej. Z kilku powodów. Jest go relatywnie mało na Ziemi, a najwięcej w Republice Konga. Gdzie ludzie są nerwowi, nie znają się na udawaniu respektowania praw człowieka i lubią strzelać.

Co prawda Tesla oficjalnie przyznaje, że surowce, których zacznie brakować to lit i miedź, a o kobalcie milczy. Może tak się dziać ze względu na to, że wie więcej. Czeka nas bowiem faktycznie premierę nowych baterii Tesli, o nowej konstrukcji, z zerowym lub niewielkim wykorzystaniem kobaltu. Jeśli tak faktycznie będzie, oznacza to początek końca samochodów spalinowych. Klamka zapadnie. Samochód elektryczny będzie w cenie spalinowego, lub tańszy. I mówimy tutaj o kosztach produkcji, a nie sprzedaży. Bo to przez koszty produkcji nasz świat ma szanse się zmienić. Bardzo poważnie. Przemysł samochodowy to transport i bardzo dobry kumpel przemysłu paliwowego.

A tak na marginesie, przez lock down mamy zalegającą w magazynach ropę. Wyobraźmy sobie taką abstrakcyjną sytuację, że Tesla, tak z dnia na dzień, wypuszcza jakąś masową ilość tanich samochodów elektrycznych i jest w stanie zapewnić infrastrukturę dla nich. Kto więc będzie gorszy? Koronawirus czy Elon Musk? Spokojnie, kogoś wybierzemy. Ktoś będzie naszym zbawcą, a ktoś prześladowcą. Tak już mamy.

Jedno jest pewne. Na Marsie łatwiej o Słońce, niż o ropę. Super fury Tesli poradzą więc sobie na marsjańskich autostradach. Jednak produkcja super fur Tesli, dostawczaków Tesli, żuków Tesli, stacji ładujących do Tesli, pochłonie inne surowce naturalne. A ich jest od groma do wzięcia w kosmosie. Którego się obawiamy.

MAGIA KOSMOSU I STRACHU.

Żeby kupić, trzeba się bać?

Czy wycieczka na Marsa to taki dobry pomysł? Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy z nadzieją nie patrzył w niebo. Loty kosmiczne dzięki Space X odzyskały trochę utraconego w ostatnich dekadach blasku i nabrały też innego sensu, niż miały w trakcie zimnej wojny. Może być z nimi tak, jak z energią atomową – za dużo czarnego PR i wszystko się rozbija nie o maszynę, a o człowieka. Nasz strach i lenistwo. Wycieczka w kosmos to męcząca przygoda. I terra incognita jednocześnie. Mamy odruch, żeby biec w przeciwnym kierunku. I żeby się to zmieniło musimy zobaczyć naprawdę dużą marchewkę. Tylko że Elon Musk zamienił ją na kij.

Identycznie robi w kwestii sztucznej inteligencji. Obawiamy się jej, więc też powie, że się obawia. To uspokaja. Amerykański Super Inżynier to przecież równy gość. Tymczasem, nasze postrzeganie sztucznej inteligencji, to już od dłuższego czasu więcej, niż ponure wizje fantastyki. My z nią już żyjemy. I budzi w nas naprawdę różne odruchy.

Ty się boisz? To kliknij kilka razy i zmień sobie klawiaturę w telefonie. Na taką, której wcześniej nie używałeś. Irytująco? Przecież to klawiatura. Aplikacja, działająca na podobnych zasadach, co poprzednia. Irytuje, bo jest robotem, który się Ciebie uczy. I wybacz mu, jest trochę ofiarą propagandy. Obiecano mu, że jak będzie używać najprostszych słów, to będzie najlepiej. Jego poprzednik nie był mądrzejszy. Znał Cię dużo lepiej, czyli uzbierał więcej cyferek na Twój temat w trakcie waszej wspólnej przygody. Możesz też mieć farta i wcale nie będzie irytująco. Nie znalazłeś świętego Graala. Nowa aplikacja może wiedzieć, że najprościej będzie, jak pobierze dane do swojego starszego kuzyna. Cokolwiek cię w tym przeraża, zazwyczaj ma racjonalny powód. Wszystko zależy, jak daleko poszukasz. I co Ci przeszkadza, a co Ci pomaga.

Z Marsem pod tym względem jest podobnie. Może być naszym piekłem i niebem. Tak jak Ameryka dla Kolumba i jego kumpli. To ta sama zasada, która z jednej strony nas przyciąga i odrywa od tego, żeby spakować walizki, zwodować Santa Marię, czy wskoczyć w Kosmicznego Smoka.

FANKLUB ELONA MUSKA.

Szanse i dobre chęci.

Tak samo jest też z tym, co myślimy o Elonie Musku. Czy może być dla nas cenny? Szczególnie, jeśli ten Mars mu nie wyjdzie. Ponieważ w międzyczasie być może, dzięki niemu, będziemy mieli naprawdę fajne elektryczne samochody. Być może powstaną potężne silniki rakietowe, które możemy wykorzystywać nie tylko do lotu na Marsa. Być może wykorzystamy je lepiej, niż energię atomową. Może będziemy mieli próżniowy transport i błyskawicznie ładujące się baterie. Być może powstanie pomagająca nam w życiu, mniej toporna sztuczna inteligencja, dzięki której niewidzący zobaczą, a niesłyszący usłyszą. I może im się spodoba widzieć i słyszeć. Może ta przeklęta sztuczna inteligencja da nam znać, że warto sprawdzić swoją trzustkę i nie będzie za późno. Może sprawniej pomoże cukrzykom pamiętać o insulinie, a w efekcie dbać o ich mózgi. Może kiedyś uratuje nas to, że teraz zastanawiamy się jak na Marsie zamontować magnetosferę.

Osobiście oglądam to jak rozgrywki Ligi Mistrzów. Tylko nie ma tutaj miejsca na tabelę wyników, a rozgrywki pucharowe nastąpią dopiero, kiedy staną się niemal nudne. Zgadza się tylko, że to gra zespołowa, a my jak zwykle jesteśmy niesprawiedliwi. Nie widzimy, że Musk wykorzystał marketingowo nazwisko Tesli. Tymczasem jest cholernym Edisonem na wojnie o patenty! Kibicuję mu, ale mam też wrażenie, że zainteresował się tak samo Marsem, jak kuglarstwem. Jest Super Inżynierem, bo składa się z setek Super Inżynierów. Ale ma tę moc, żeby ich do siebie przyciągać. Pieniędzmi, możliwościami, sznytem superbohatera, pewnie zależy od okoliczności.

I zna się na ludziach. Dobrze wie, że nie łykniemy nudnego, racjonalnego sensu kolonizacji Marsa. Elon Musk mówi, że potrzebujemy Marsa, bo możemy się samounicestwić. Tymczasem możemy od bardzo dawna. Mars może być nam potrzebny z także innych względów, niż samozagłada. Przede wszystkim Ziemia może być zbyt mała. W 1971 roku Ziemię zamieszkiwało niecałe 4 miliardy ludzi. W 2020 mamy ponad 7 i pół miliarda. I to wszystko w przeciągu tylko części życia jednego człowieka, Elona Muska. Mnożymy się jak króliki. Sam Musk też pod tym względem poszalał. Zaczyna brakować nam wody i sensownego miejsca do życia. Możemy próbować osiedlać się na oceanach, ale nie wzbogacimy się o nic więcej, niż miejsce na cztery ściany i będzie to dla nas kosztowne. W rachunku ekonomicznym Mars może być lepszą inwestycją.

Byle byśmy mogli to uczciwie ocenić, a nie tylko z perspektywy Elona Muska. Walczącego z korporacjami i możnymi tego świata, a tymczasem samemu tworzącemu korporacje i będącemu możnym tego świata. Przesadzam? A może nie doceniam? Space X musiało dogadać się z NASA, żeby wysłać człowieka w kosmos. Ale może to działać też w drugą stronę. NASA ma rządowe środki, ale od 2011 roku pakuje swoich astronautów w rosyjskie Sojuzy. Truman z Eisenhowerem się w grobach przewracają. Może więc jest tak, że to nie tyle Space X sięga po państwowe wsparcie, ile to Space X jest jakąś wartością dla NASA? A jak dla NASA, to też dla wojska. A wojsko i przemysł rakietowy jakoś tak bywają sobie bliskie. I zupełnie inaczej w tej perspektywie wygląda w tej perspektywie Super Inżynier Elon Musk. Może to nasz największy błąd, że patrzymy na to wszystko przez stare okulary?

Bo jeśli to Stany potrzebują Elona Muska, a Elon Musk nie potrzebuje Stanów Zjednoczonych, to mamy prostą drogę do technokracji. A to oznacza, że naprawdę jesteśmy rekordowo durni, skoro zapomnieliśmy wysłuchać odpowiedzi na zasadnicze pytanie.

Panie Musk, czy pan lubi ludzkość?

KONIEC.

CO CZYTAĆ, GDZIE BYWAĆ:

ROZRYWKA / DRAMAT

“piosenka o Długopisie”

TWITTER:

@NASA

@elonmusk

INSTAGRAM:

mayemusk (szczególnie polecam osobom, które mają silne przeczucie, że nie ogarniają własnej matki)

FILMY:

Iron Man 2 (2010) reż. Jon Favreau

Maczeta Zabija (2013) reż. Robert Rodriguez

Lo i stało się (2016) reż. Werner Herzog

Transcendencja (2013) reż. Wally Pfister

SERIALE:

Mars (2016 – 2018)

Teoria Wielkiego Podrywu (2007 – 2019)

KSIĄŻKI:

ASHLEE VANCE “ELON MUSK. BIOGRAFIA TWÓRCY PayPala, TESLI I SpaceX”

ASHLEE VANCE “ELON MUSK. JAK MYŚLI I DZIAŁA PRZEDSIĘBIORCA – WIZJONER?”

WYMAGA WYSIŁKU / DZIWNE / TABLOIDY / NAUKA

spacex.com, tesla.com, urania.edu.pl, pulskosmosu.pl, tylkonauka.pl, crazynauka.pl ,kwantowo.pl

ISAAC ASIMOV “TRYLOGIA FUNDACJI”

WILLIAM GIBSON “TRYLOGIA CIĄGU”

JULIUSZ VERNE “PODRÓŻ DO WNĘTRZA ZIEMI”

ORSON SCOTT CARD “GRA ENDERA”

DOUGLAS ADAMS “AUTOSTOPEM PRZEZ GALAKTYKĘ”

STANISŁAW LEM “ASTRONAUCI”

STANISŁAW LEM “SOLARIS”

STANISŁAW LEM “DZIENNIKI GWIAZDOWE”

WŁAŚCIWIE TO WSZYSTKO, CO MA ZA AUTORA PODANEGO STANISŁAWA LEMA

LEKKIE I PRZYJEMNE LEKTURY NA CO DZIEŃ:

PLATON “PAŃSTWO”

HOBBES “LEWIATAN”

ALEXIS DE TOCQUEVILLE “O DEMOKRACJI W AMERYCE”

KARL POPPER “SPOŁECZEŃSTWO OTWARTE I JEGO WROGOWIE”

NOAM CHOMSKY  “HEGEMONIA ALBO PRZETRWANIE: AMERYKAŃSKIE DĄŻENIE DO GLOBALNEJ DOMINACJI”

ISAIAH BERLIN “DWIE KONCEPCJE WOLNOŚCI”

HANNAH ARENDT “POLITYKA JAKO OBIETNICA”

WYŚLIJ W ŚWIAT

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.